Bruksela - Amsterdam

02.08.2010 :: 21:25 Komentuj (2)

Po dwudniowym pobycie w centrum stolicy Europejskiej
postanowiliśmy udać się do Amsterdamu. Tym razem chcieliśmy przechytrzyć
system. . . Nocleg miał być gdzieś w Holandii, na jakiejś stacji, byle nie na
kempingu i byle nie za pieniążki. . .

Wszystko przemyślane i przygotowane, czyli jednym słowem
ustalone tylko to, że widzimy się w Amsterdamie jutro. 

Podróż rozpoczęliśmy o 16, wiec całokształt wskazywał na to,
że nam się uda. Dzieki wikihitch (taka wikipedia dla autostopowiczów, super wynalazek)
udaliśmy się na dwa wskazane miejsca. Ja z Japa, Fogiel z Tomkiem.



Kiedy doszliśmy na nasze miejsce byłem hm. . . trochę
zaniepokojony, ponieważ moim oczom ukazała się 7 pasmowa droga jedno-kierunkowa
w centrum miasta. . .



Japa oczywiście podchodził do tego sceptycznie, ja natomiast
z niewielkim przekonaniem próbowałem pisać na naszej tablicy ANTWERPIA i
AMSTERDAM. Robiłem to z małą wiarą, nie licząc na zbyt duży sukces. Kiedy
podniosłem tablice, zobaczyłem ile samochodów jedzie tą drogą, dotarło do
mnie, że może się udać szybciej niż nam się wydaje. 10-15 minut to maks. Jak
się nie uda to wracamy na kemping! A co tam! Są wakacje. . .



Jedna zmiana świateł przeszła, ale to dopiero rozgrzewka.
Macham dalej. Słyszę Japa krzyk. Pakujemy się do - nie zgadniecie jakie
samochodu - białego Peugeota.



Jedziemy do Mechlen-miasto przed Antwerpia. Belg-też jeździł
autostopem-opowiada o swoich przygodach i wysadza nas na stacji benzynowej przy
wjeździe na autostradę. Jest dobrze, ale ale ale, czasami za dużo myślimy a nie
działamy. Teraz będziemy walczyć z "rywalem" twarzą w twarz.



Podchodzimy do kierowców, rozprawiamy o naszej podróży i
gdzie chcemy jechać. Najciekawszy przypadek to para z E-klasy która zrobiła
scenke sugerując, że możemy jechać pociągiem. Dopiero holenderka w bezpiecznym
rodzinnym aucie - Volvo V40 zabrała nas pod Utrecht. Uwaga - też jeździła
autostopem. Akurat był piątek więc postaliśmy sobie w korkach, ale podróż upłynęła nam szybko.



Stacja benzynowa w Holandii. Sukces. Rozbijamy się i śpimy
czy próbujemy dalej łapać? Chwila odpoczynku. Jest godzina 18 z hakiem. Decyzja-probójemy
dalej. Ponownie twarzą w twarz.



Tym razem też po około 15 minutach już jechaliśmy do Den
Haag z holendrem pracującym na budowie wraz z polakami. Bardzo zachwalał naszą pracowitość i fachowość. W pewnym momencie nasz kierowca wykonuje kilka
telefonów. Na tablicy informacyjnej widzimy  -Amsterdam 40 km. Nawigacja wytycza po
raz któryś nowa drogę do Den Haag. Holender chyba coś kombinuje.



"Zawiozę was do Amsterdamu, to kawałek dalej. Musze zmienić
swoje plany, ale wam pomoge" Z Japą jesteśmy w ogromnym szoku. Nie wiemy co
powiedzieć. Jedynie dziękuję i dziękuje. Czy 
wystarczy? Musi. Może nasz uśmiech i to że przestaliśmy myśleć o tym jak
dalej dotrzeć do Amsterdamu da mu satysfakcje. Rozmowa się klei. Opowiada nam o
budowlach które mijamy. Po 30 minutach, uścisku dłoni i ciepłych słowach
staliśmy w Amsterdamie nad kanałami. . . .



I to rodzi się problem, ale taki malutki. Godzina 20.20,
kemping czynny do 21. Do dworca centralnego mamy 3 km pieszo. Idziemy. Idziemy
i idziemy. Dworzec zdobywamy o 20.50. Jest lekki stres. Dworzec i jego
oznakowanie jest fatalne, informacja turystyczna i ludzie tam pracujący to
jakaś kompletna pomyłka. O 21 zamknięto mi drzwi przed nosem mówiąc, że bilet
do autobusu kosztuje 2,6 euro, tym bardziej mnie zaskoczyła ta odpowiedź, że
pytałem o coś zupełnie innego.



O 21.10 znajdujemy autobus i jedziemy na kemping.
Najbardziej pomocny był kierowca który powiedział i pokazał gdzie mamy wysiąść.
2 euro i 60 eurocentów jeden przejazd. MASAKRA! Autobusy długie, przegubowe ale
czyste i zadbane. Daje 4.



Jest kemping. Godzina zdobycia 21.25. Szybko wbiegamy i
zdobywamy numerek naszego miejsca. Jak się potem okazało całą dobę przyjmują
turystów. . . 



Siedząc przy wieczerzy ( o ile do jedzenia w puszcze można
użyć tego słowa?) zauważamy kotka - mały, czarny z dzwoneczkiem. Lata po
kempingu. To tu, to tam. Ciągle w ruchu. Zadbany - widać po sierści, błyszczy się jak psu jajca. Jednym
słowem udomowiony tygrys. Jako ,że nie było zbytnio nic do roboty więc siedzimy
rozkoszując się miejscowym "uzdrowiskowym" klimatem i popijamy napój-uwaga z
dużej 0,5l puchy. Nasz wzrok przykuwa kot, który wbiega na drzewa z rozpędem,
zbiega z niego jeszcze szybciej i wpada na ścianę namiotu jakiś angoli. Ta
zabawa musiała być dla niego bardzo przyjemna bo robił tak z 10 może więcej
razy, za każdym razem powodując uśmiech na naszych twarzach a złość angoli w
namiocie.



Czas spać.



Jutro przyjadą chłopaki-miejmy nadzieje. . .

Ciekawe czy nam uwierzą w kota z dzwonkiem? Wy wierzycie, prawda?



 



Kajetan



  

PARIS-BROUXELLES-AMSTERDAM częśc 2

30.07.2010 :: 17:27 Komentuj (0)

Bruksela, frytki, odpoczynek.

Minęło kilka dłużących się chwil, w sumie nie wiele się
zmieniło, a policjantom z radiowozu widać zasmakował Burger King, bo siedzą tam
już od dłuższego czasu. Zobaczymy? Jest już grubo po 1 Michał śpi na ławce obok
mnie, ale już niedługo moja kolej, zaledwie parę godzin snu może 3, a może, 4
ale dobre i tyle w końcu im wcześniej będziemy w Amsterdamie tym lepiej. Nagle
policjanci wyszli z restauracji. Ciekawe czy do nas podejdą. Mimo, że jest
bardzo zimno a mgła osiada na wszystkim to emocje dzisiejszego dnia rozgrzewały
mnie dostatecznie mocno, a perspektywa rozmowy z coraz bardziej zbliżającym się
patrolem nie pozwala mi poczuć zmęczenia. Zerkam przez ramię skończyli pogawędkę
i po krótkim pożegnaniu jeden z nich idzie w kierunku no właśnie naszym czy
radiowozów? no nie? tej nocy pech nas nie opuszcza, jeden z nich udaje się w
naszym kierunku? uff? odszedł skończyło się tylko na pogrożeniu palcem, ale
było blisko. Odwracam się i widzę powoli znikające światła policyjnego
samochodu. Mam nadzieję, że na dzisiejszą noc to już koniec przygód. Michał
przekręca się na drugi bok, a ja jestem już tak zmęczony i niewyspany, że coraz
trudniej jest mi żebrać myśli. Ahhhh? ta ławka i śpiwór wyglądają tak
zachęcająco, ale muszę jeszcze trochę posiedzieć, bo mojego współtowarzysza
czeka koczowanie do samego rana. Ale, na czym to ja skończyłem? Bruksela, tak?
to piękne i robiące duże wrażenie miasto. Gdy tylko dotarliśmy do centrum
zaczęliśmy szukać noclegu, na który nie musielibyśmy wydawać majątku. Niestety jedyne,
co mieliśmy to adres jednego z kempingów, który według zapowiedzi miał być w
samym centrum miasta. Nie było by problemu ze znalezieniem tego miejsca gdyby
nie to, że nie mieliśmy mapy, to zasadniczo zmieniłoby naszą sytuację. Po chwili
udało się nam jednak odnaleśc jedna ze stacji metra gdzie mogliśmy zorientować
nasza sytuację. Niestety mapa zamieszczona w podziemnym przejściu niewiele nam
pomogła, ale gdy tylko wyszliśmy na powierzchnie usłyszałem znajome odgłosy tak
to byli Polacy. Z uśmiechem na twarzy podszedłem do dwójki młodych chłopaków pijących
piwo na ławce. Dzięki nim dowiedzieliśmy się, w którym kierunku podążać i o
jakie miejsce pytać miejscowych. Po niespełna półgodzinnym marszu mogliśmy rozłożyć
się na wygodnej trawie campingu. Jak się okazało nasz nocleg był oddalony niecałe
3 minuty drogi od Parlamentu Europejskiego w dzielnicy ?białej? (warto tu zauważyć,
że stolicy Belgii jest wyjątkowym miastem, w którym bardzo widoczny jest
podział społeczny na dzielnice Europejską gdzie praktycznie niemożliwe jest
spotkanie imigranta oraz dzielnice właśnie imigrantów, na której biali
zapuszczają się równie rzadko, jak murzyni czy arabowie na dzielnicę Europejskie).
Kajetan z Michałem dojechali kilka godzin po nas, jeszcze tego samego dnia udaliśmy
się na nocne zwiedzanie stolicy Bligii. Miasto zachwyciło nas swoim urokiem a
szczególnie faktem, że przed samym parlamentem europejskim na niewielkim
ryneczku dookoła pomnika zgromadziło się koło 1000 młodych ludzi bawiących się
z bliżej do tej pory nieznanego nam powodu. Tak czy siak postanowiliśmy skorzystać
z tej okazji kupiliśmy parę piw i usiedliśmy na trawniku otaczającym pomnik.
Mimo późnej już pory ludzi wcale nie ubywało a zabawa trwała jeszcze długo po
tym jak wróciliśmy na nasz kemping. Sen po dniu pełnym wrażeń z podróży z
Paryża dobrze nam zrobił, tym bardziej, że następnego dnia mieliśmy pieszo obejść
cała Brukselę. Gdy tylko wstaliśmy udaliśmy się powoli w kierunku centrum tego
starego miasta, które słynie z pięknego rynku starych wąskich uliczek, wielu
parków, posążka małego sikającego chłopca oraz frytek. Muszę przyznać, że oprócz
frytek każde z wymienionych przeze mnie rzeczy jest warte zobaczenia. Przekąska
ta, która właśnie podobno w Brukseli jest najlepiej przyrządzana nie wyróżniała
się zbytnio od tych, które możemy kupić w Polsce. 

Mała a jakże słynna.

Po południu zadecydowaliśmy,
że wyruszymy do kolejnego miasta-Amsterdamu. Teraz pisząc ten tekst myślę, że
to nie do końca dobra decyzja, bo zamiast w Amsterdamie jestem na jakiejś ławce
przy autostradzie. Wyjazd z Brukseli nie był specjalnie trudny, ponieważ udało
się nam znaleźć wspaniale miejsce przed tunelem, który prowadził prosto na autostradę.
Z Brukseli trafiliśmy na parking, z którego zabrała nas dwójka ludzi? Mini Cuperem?
tak to jest możliwe wepchnąć dwóch niemałych chłopaków i ich bagaże do tego niewielkiego
samochodu. W zapakowaniu naszych bagaży do samochodu pomógł Panu, który nas podwoził
zapewne fakt, że był kompletnie "zjarany". Co więcej dwójka młodych ludzi
zupełnie się przy nas nie krępowała skręcając blanta za blantem. Podróż minęła
nam bardzo szybko w oparach wydychanych z płuc podróżników, a długie
konwersacje zdawały się nie mieć końca. Sympatyczna para wysadziła nas na
jednej z większych przygranicznych stacji benzynowych. Jak się okazało podróż z
nimi zmęczyła mnie tak bardzo, że jedyne, o czym myślałem to sen, niestety nie
mogliśmy się tam zatrzymać, bo parking mimo swoich rozmiarów był cały
wybetonowany i nie mieliśmy gdzie rozbić namiotu(tak jakbyśmy teraz mogli). Szybko,
więc zrozumieliśmy, że mimo późnej pory musimy złapać jeszcze jedną okazję,
która wywiezie nas w bardziej ustronne miejsce. Po chwili gestykulacji i
uśmiechania się do kierowców siedzieliśmy już w wygodnym sportowym BMW. Tak właśnie
znaleźliśmy się w obecnym miejscu. Pewnie zadajecie sobie pytanie, dlaczego
cały czas narzekam na zimno i wilgoć i czemu nie rozłożyliśmy namiotu. Otóż stacja,
na której teraz jesteśmy może i jest mniejsza i otaczają ją pola, ale przedostanie
się przez 2 metrowy rów z wodą, którym otoczone są holenderskie autostrady nie należy
do łatwych a obsługa stacji zabroniła nam rozkładania namiotu na ich terenie.
Holendrzy okazali się jednak na tyle ?mili?, że polecili nam byśmy zapytali się
jednego z gospodarzy, którzy mieszkają nieopodal. Szybko znaleźliśmy stara
opuszczoną drogę, z której można było zejść z autostrady i dojść do jednego z
gospodarstw. Po chwili krzycząc dzień dobry tak by nie zjawić się na posesji
jak nieproszony gość stanęliśmy u wrót dużej farmy otoczonej drzewami. Nagle
zza budynku wyskoczył wielki pies, który ważył pewnie ponad 80 kg i ewidentnie
nie miał przyjacielskich zamiarów. Stanąłem jak wryty, ale gdy pies zaczął biec
w naszym kierunku wiedzieliśmy, że jedyna drogą ratunku była ucieczka. Nie chcę
sobie nawet wyobrażać, co by się stało, gdy nie trzeźwy umysł Michała, który
momentalnie rzucił plecak na ziemię. Chwała bogu pies rzucił się na plecak
rozszarpując paski trzymające go na plecach. Uff? nic nam się nie stało, a było
blisko. Jeszcze teraz, gdy o tym piszę na samą myśl trzęsą mi się ręce. Tak właśnie
trafiliśmy na tą zimną ławkę, która jednak z perspektywy dzisiejszych wydarzeń
zdawała się być bezpiecznym schronieniem.

Tak kończą się moje zapiski z jednej ze stacji niedaleko
Amsterdamu, już następnego dnia czekało nas miasto czerwonych latarni i mimo,
że nie bez problemów to dotarliśmy tam po południu cali mokrzy i zmęczeni, ale
szczęśliwi, że możemy wypocząć.



PARYŻ - BRUKSELA

30.07.2010 :: 17:23 Komentuj (0)

Do opuszczenia stolicy Francji skorzystaliśmy z pomocy
księdza Marcina. Gdyby nie jego pomoc nie mam pojęcia jakby potoczyła się nasza
dalsza podroż. Na pewno nie przeżylibyśmy jej tak jak to miało miejsce.





Tym razem byłem w parze z Foglem. Fajnie, pięknie, wypoczęci
będziemy łapać stopa. Jedyny problem to fakt, że jesteśmy w 4 na jednym
parkingu. Jak się później okazało to nie był problem, tylko kwestia czasu. . .
Stanęliśmy na początku wjazdu i bezskutecznie próbowaliśmy złapać stopa. Nie
mieliśmy patentu kogo łapać. Tych co jada autostrada, czy tych co wjeżdżają na
parking? Przemknęło kilka samochodów a my z Michałem dyskutowaliśmy. . . .

W miedzy czasie zobaczyłem ucieszonego Jape wchodzącego do
niebieskiego VW. . . Tak, chłopaki jada a my sobie łapiemy stopa. Tak sobie
łapiemy. Stoimy i machamy to nasz tekturową tablicą. Tak być nie może! Trzeba
się wziąć w garść. Wychodzimy troszkę na autostradę. Spokojnie, tylko troszkę.
Czekamy.



Jedzie biały tir. DAF o ile mnie pamięć nie myli. Trzeba
zejść z tego pasa i go wpuścić. Ma hiszpańskie tablice. Tylko czemu się
zatrzymuje na tym wjeździe tak jakby chciał nas zabrać. On naprawdę chce nas
zabrać. On się zatrzymał po nas! Pierwszy wchodzi Fogiel i zagaduje z kierowca,
że jest nas dwóch, lecz to dla niego nie stanowi problemu. Podaje i bagaże i
potem sam się wdrapuje na sam szczyt ciężarówki. Jedziemy pod Lille. Jest
dobrze.



Kierowca ? algierczyk, pracuje dla hiszpańskiej firmy. Po
krótkiej rozmowie i kilku słowach po polsku dowiadujemy się, że Maciek też
jeździ tirem. Tylko kto to jest Maciek?



Podroż przebiega z prędkością 88-90 km/h, ale za to z jakim
widokiem. Wysoko. Tak wysoko to jeszcze żaden z nas nie jechał.



Wysiadamy na naszym ulubionym miejscu na Francuskich,
płatnych autostradach-punkt poboru opłat. Tym razem dużo mniejszy niż ten pod
Paryżem, ale też niczego sobie. Używamy polskiej flagi do łapania naszych
tirolotów. I to zaczynają się pierwsze przysłowiowe schody. . . Tak ludzkiej
obojętności naszych rodaków to ja dawno nie widziałem.  Po 20 kilku minutach na pobliski parking
wjeżdża tir na polskich numerach. Krótka gadka z kierowca i plecaki lądują ? w
kontenerze. . . Teraz tylko czekamy 45 minut pauzy i w drogę. Podczas przerwy
kierowca zmienia odrobinę trasy, aby nam pomóc. Według niego będzie łatwiej
złapać stopa na tym parkingu przy tej granicy która wskazał, miły sympatyczny
starszy pan kierowca. Jesteśmy pod wrażeniem. Jesteśmy też wdzięczni. Jesteśmy
zadowoleni bo dalej jedziemy. Do Brukseli?





Granica Francusko-Belgijska stała się dla nas kolejnym
postojem. Tym razem na blisko 1,5 h i musze przyznać, że to chyba było
najdłużej jak czekaliśmy na transport. Tak duża ilość samochodów nas mijała, że
nie jestem w stanie wam powiedzieć co i jak i ile. . .

Czas leci, a my stoimy w tym wieczornym słońcu i próbujemy
cokolwiek złapać. Kogokolwiek kto nas zawiezie byle stad. Same tiry i wielki
plac. My stoimy na wjeździe do tej ?sypialni?, ale mimo wszystko lepiej będzie
jak będziemy spać gdzie indziej.



Cos mnie podkusiło i się odwracam. Oczom nie wierz! BMW cofa
na autostradzie i podjeżdża do nas machając ręką. Stałem z tyłu więc biegnę do
naszej podwózki. Nie. Fogiel-krzyczę. Fogiel-ponownie krzyczę. Hm. Dobra biegne
do kierowcy. Szybka rozmowa i wiem ze dziś śpimy w Brukseli na kampingu, 300 m od Europarlamentu. . .

Kajetan



PARIS-BROUXELLES-AMSTERDAM

26.07.2010 :: 13:38 Komentuj (1)


Owszem było pięknie.

Zanim zacznę pisać tekst o naszej
wyprawie z Paryża na północ muszę wspomnieć o kilku istotnych faktach ze
stolicy Francji. Po pierwsze wielkim przeoczeniem było by nie wspomnienie o osobie,
dzięki której mogliśmy zatrzymać się w tym pięknym wiekowym mięście, mianowicie
Księdzu Marcinie.  Dzięki Niemu mogliśmy spędzić
prawie cały tydzień na zwiedzaniu zabytków Paryża, co więcej ksiądz zapewnił
nam nie tylko nocleg, ale i jedzenie. Po drugie pomimo niebywałych umiejętności
Michała do opisywania naszych przygód musicie mi uwierzyć, że piękna Paryża nie
da się przekazać w tak krótkim tekście. Te wszystkie miejsca, dzieła sztuki
Luwru, Champs-Elysees, łuk tryumfalny, wierze Eifla po prostu trzeba zobacz na
własne oczy! Przechodząc do dalszej części powiedzieć musze, że tekst, który już
zaraz przeczytacie pisany był na stacji benzynowej w środku nocy na kartce, a
nie teraz w wygodnym fotelu przed moim laptopem.


Nie to że miejsce jest ładne, bo ja zdjęcie mam takie samo ale Aston Martin DB9. JEJ!!!


                Jest ciemno... zimno... Michał
stwierdził, że nawet, w pizdu zimno, a spokój nocy zakłócają jedynie przejeżdżające
100m. za mną samochody. Tak jest noc nie, niestety nie jesteśmy już przytulnej
krypcie pod jednym z Paryskich kościołów, nie jesteśmy też na spokojnym
kempingu parę kroków od parlamentu europejskiego dziś nie śpimy nawet na jednej
z plaż Barcelony. Wylądowaliśmy jakieś 80 km przed Amsterdamem, niewielkim miastem,
o którym tak wiele słyszeliśmy od dotychczas spotkanych przez nas ludzi. Z
pewnością było by lepiej, gdybyśmy mogli rozbić namiot, ale i tak cieszę się,
bo ta opowieść, która zaraz usłyszycie mogła mieć znacznie bardziej fatalne
zakończenie.                                                                                                                                    

 Cofnijmy się do wczorajszego
dnia, bo choć może i nie obfitował on w tak wiele przygód to także zasługuje na
uwagę. Głównie, dlatego, że po 6 dniach opuściliśmy Paryż. Jest to bez
wątpienia piękne miasto, ale bardzo drogie, poza tym ile można wysiedzieć w
jednym miejscu. Po raz ostatni skorzystaliśmy z pomocy księcia, który wywiózł
nas parę kilometrów za miasto na jeden z parkingów rozsianych wzdłuż
zachodnioeuropejskich autostrad. Z takiego miejsca złapanie stopa do Brukseli
było już tylko kwestią czasu. Po chwili sunęliśmy już drogą w dużym dostawczym
volkswagenie wraz z małżeństwem i ich córką, która wiekiem zapewne dorównywała
nam. Jak się okazało Państwo byli na tyle mili, że nadłożyli kilka kilometrów i
nie tylko zawieźli nas do Lille oddalonego o 200 km od stolicy Francji, ale i
przewieźli nas za miasto na jedna z dużych stacji benzynowych. Dalej do
Brukseli dotarliśmy już tylko trzema stopami.

Chyba każdy z ludzi, którzy nas podwożą zasługuje na
zapisanie kilku stron, ale moim zadaniem nie jest napisanie książki, ze
wspomnieniami z wyprawy, ale krótkiego opisu rzeczy i ludzi, jakie napotkaliśmy
na swojej drodze. Wspomnę jedynie, że jeden z nich podwoził nas bodaj
najdroższym samochodem, jakim przyszło nam do tej pory jechać ? Mercedesem CL
65. Szczerze to jeszcze nidy nie jechałem w tak perfekcyjnie wykonanym
samochodzie gdzie drewniane wykończenia podkreślają piękno tapicerki z kremowej
delikatnej skóry. Trafił się jeszcze młody facet, który wypalił przy nas 2
wielkie skręty, oraz chłopak arabskiego pochodzenia, z którym przegadałem cała
drogę o mieście, do którego nas wwoził. Muszę tu wspomnieć, że Belgowie i Holendrzy,
jeżeli chodzi o języki obce prezentują się o wiele lepiej niż reszta Europy. Większość
z nich angielski ma opanowany w na tyle dużym stopniu, ze możemy z nimi spokojnie
rozmawiać o wielu rzeczach. Wreszcie po niecałych 4 godzinach wyładowaliśmy w
samym centrum Brukseli. Niestety musze na chwile przerwać pisanie? jak się
okazuje na dziś to chyba jednak nie koniec przygód. Na naszym zjeździe, co
chwila zatrzymują się samochody z młodymi ludźmi czasem śmiejącymi się i rozmawiającymi,
ale czasem wyglądających mniej przyjemnie. Co więcej za moimi plecami właśnie
zaparkowały dwa radiowozy policyjne, a z tego, co wiem spędzanie nocy tak jak
my nie jest do końca legalne szczególnie w miejscach takich jak to? Płacenie
mandatu na jakieś 100 ? nie jest raczej miłym przeżyciem. Resztę naszych przygód,
aż do chwili obecnej postaram się opisać już za chwile w drugiej części opowieści.


Tomek

Luwr Luwr Luwr... tych zdjęc jest o wiele więcej...

Paryż

23.07.2010 :: 12:26 Komentuj (0)


Notre Dame z od tyłu.

Mając darmowe mieszkanie z łazienką i kuchnią (o czym dokładnie napisze Tomek w następnym wpisie) kompletnie się rozleniwiliśmy. W Paryżu byliśmy aż 6 dni lecz miejsca, które odwiedziliśmy, spokojnie można by zobaczyć w 4 doby. Hm? pewnie to przez to wino? Tak, zacząć trzeba od wina, miejscowego trunku. Cena butelki najtańszego z nich zbliżona była do ceny wody. We Francji napój ten jest bardzo tani i nie pisze tu o byle siarczystym jabolu ale o prawdziwym winie. Szybka kalkulacja cenowa nie pozbawiła nas wątpliwości, że opłaca się bardziej niż woda. To chyba główny powód naszego rozleniwienia w Paryżu ;). Mimo to trochę zobaczyliśmy...
Od zeszłego roku wszystkim obywatelom unii mającym 18 ? 26 lat przysługuje darmowe wejście do około 50 muzeów i 100 zabytkowych budowli. Wszędzie gdzie byliśmy ustawialiśmy się w kolejce tylko po to, by po okazaniu dowodu dostać ''free ticket''. Fantastyczna sprawa, szczególnie, kiedy spojrzy się na normalne koszty wejściówek? i zsumuje je wszystkie ;)
Zwiedzanie Paryża rozpoczęliśmy od pobliskiego supermarketu. Wspominałem już o cenie win. Niestety był to jedyny tani produkt. Paryż okazał się najdroższym miejscem w jakim przyszło nam przebywać. Oprócz sklepu, pierwszego dnia zwiedziliśmy także całą dzielnicę łacińską. Zdaje się, że dzielnicę tą zwiedziliśmy dokładnie .W pewnym szczególnym stanie zgubiłem się w niej z Kajetanem i tułaliśmy się ponad 2 godziny żeby dojść do miejsca naszego tymczasowego zamieszkania... 
Następnego dnia zaczęliśmy od łuku triumfalnego. Okazał się dużo większy niż myśleliśmy. Następnie tułając się po uliczkach doszliśmy do Wieży Eiffla. Do wjazdu na górę tej budowli ustawiła się tak ogromna kolejka, że zgodnie stwierdziliśmy że lepiej poleżeć na Polach Marsowych. Tego dnia Hiszpania i Holandia zagrać miały o miano najlepszej reprezentacji świata. 
Leżąc na Polach Marsowych nie trudno było dostrzec sporą scenę z telebimem naprzeciwko Wieży Eiffla. Problem miejsca, w którym obejrzymy finał został rozwiązany. Przemieściliśmy się i w coraz to większym tłumie wyczekiwaliśmy pierwszego gwizdka. Ludzi zebrało się tysiące. Co ciekawe, trudno było dostrzec kogoś kibicującego Holendrom. Tło i ścisk spowodowały, że po pierwszej połowie meczy przenieśliśmy się do pobliskiego baru. Po meczu wrzawa, śpiewy i ścisk w metrze.
Cały następny dzień poświęciliśmy na Luwr - jedno z największych muzeów na świecie (łączna powierzchnia około 210000 metrów kwadratowych). Przez ponad 5 godzin zdążyliśmy przejść przez 3 z 4 poziomów budynku. Piszę przejść, gdyż zatrzymując się przy każdym interesującym obiekcie należałoby poświęcić na to muzeum miesiąc czasu?

           Mój osobisty faworyt naprawdę nie było łatwo zrobić to zdjęcie przy takim słabym oświetleniu.

W Paryżu odwiedziliśmy także znaną z powieści Victora Hugo katedrę Notre-Dame, Panteon (z grobem Marii Curie-Skłodowskiej i ''Wahadłem Focaulta''), Muzeum Armi, Pola Elizejskie no i oczywiście dzielnicę, nocnego życia i domów towarzyskich ze słynnym Moulin Rouge.
Przypadkiem złożyło się, że w Paryżu byliśmy podczas Francuskiego święta narodowego. 14 lipca to data upamiętniająca zburzenie Bastylii podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tego dnia na Polach Elizejskich organizowana jest ogromna parada z udziałem wojska. Z pewnością warto to zobaczyć. Niestety w tym roku, 14 lipca, w Paryżu przez cały dzień padał rzęsisty deszcz i zrezygnowaliśmy z wyprawy na Pola Elizejskie.
Paryż zwiedzony. Pakujemy się, zakupy i... do Brukseli!!

Michał oszukiwał wziął ze sobą swój samochód.

Tuluza - Paryż (Fogiel i Japa) część 2 - "Murzyn"

21.07.2010 :: 22:55 Komentuj (4)

     Jest 3 rano. Tomek i Kajetan smacznie sobie śpią pod Paryżem. Ja i Fogiel znajdujemy sie na stacji niecałe 20 km od Tours, a 280 km od Paryża. Nie zaznaliśmy snu od ok 20 godzin. Burza juz nieco sie uspokoiła, lecz wciąż w oddali daje sie zauważyć błyski piorunów. Jako, że warunków do tego by zasnąć nie udało sie znaleźć (miedzy innymi przez pana z obsługi, który co chwila przerzucał nas z kata w kat, chcąc po raz n-ty wypolerować podłogę), postanowiliśmy rozpocząć poszukiwanie osoby, która zabierze nas bezpośrednio do Paryża.
     Jak można było przypuszczać, nie była to najlepsza pora na znalezienie chętnego do zabrania dwóch zmarnowanych turystów, wyglądających tak, jakby życie miało z nich niedługo ulecieć. Samochody zaczęły chętniej podjeżdżać na stacje kolo 7 rano. Wtedy tez wreszcie należało się zmobilizować. Uśmiech, uśmiech i jeszcze raz uśmiech pozwoliły nieco odwrócić uwagę od naszych podkrążonych oczu. Ludzie śmielej rozpoczynali z nami rozmowę, która często jednak prowadziła tylko do odwzajemnienia uprzejmości. Aż tu wreszcie nadszedł ten długo wyczekiwany przez nas moment, ktoś w końcu postanowił nas zabrać! A do tego była to osoba, z którą wcześniej nie rozmawialiśmy, gdyż uznaliśmy, ze nie będzie nas w stanie podwieźć. Murzyn w Transicie :), jadący prosto do Paryża. Jak sie potem okazało był to jeden z najciekawszych stopów podczas naszej podróży.
     Zaczęło sie zupełnie normalnie. Upchaliśmy plecaki na pakę, zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy. Facet nie wyglądał na osobę chcąca nawiązać rozmowę, co wynikało również z tego, iż raczej nie najlepiej władał angielskim. Nadrabiał to wszystko głupim uśmiechem :). I tak sobie jechaliśmy z murzynkiem przez pewien czas, po którym cos zaczęło nas niepokoić. Samochodzik zaczął sie dławić. Zdążyliśmy przejechać przez bramki oznaczające koniec autostrady, gościu włączył migacze, zjechał na bok, powiedział "Petrol, gas finish." wyskoczył z samochodu, poczym pobiegł nie wiadomo gdzie... Świetnie murzyn nastawił bombę i uciekł :) Czekamy pół godziny... Murzyna nie ma. Czekamy godzinę... Murzyna nie ma. Bagaże zamknięte na klucz, nie ma jak uciec. Zaczęliśmy sie juz niepokoić. Gdzie on do cholery polazł. Może ukradł samochód i zaraz nas zgarnie policja? Mija półtorej godziny i ... podjeżdża do nas laweta xD Po prostu pięknie. Facet nic nie kuma po angielsku. Zręsztą jak mu wytłumaczyć, że samochód nie jest nasz, ze nie mamy go jak przestawić bo kluczyki ma murzyn który uciekł w jego mu znanym tylko kierunku, zostawiając nas z bagażami zamkniętymi na pace? Francuz śmiertelnie poważnie pyta sie czy z samochodem wszystko jest ok. My przez śmiech próbujemy gestami opisać co sie stało. Nie dajemy rady, on nic nie kuma, kaze nam zabrac samochod i tyle. No to świetnie, my z autem wylądujemy na lawecie, czorny wróci, Transita nie ma, dzwoni na policje i bajka ciągnie sie dalej. Na nasze szczęście nagle nie wiadomo skąd pojawia sie murzyn z butelka benzyny i uśmiechem debila na twarzy :D Dwie godziny zajęło mu skołowanie paliwa. Malo tego, ledwo dojechaliśmy do najbliższej stacji, ale tam wreszcie koleś nalał benzynki po brzeg. Ostatnie 40 km przejechaliśmy juz bez przygód, lądując w Paryżu pod stacja metra. Nareszcie dotarliśmy do stolicy Francji.
Japa

Tuluza - Paryż (Fogiel i Japa) część 1

21.07.2010 :: 22:35 Komentuj (0)

Takiej burzy jeszcze nie widziałem... Siedzimy właśnie z Japą na podłodze w sklepie przy stacji benzynowej. Jest noc. Światło co chwila gaśnie i zapala się. Człowiek obsługujący stacje biega po niej i próbuje ogarnąć latające po niej tekturowe reklamy. Plecami oparty o ścianę czuje każdy grzmot, przy każdym cały budynek drży. Błyska się strasznie. Jesteśmy w czarnej dupie... ale dostaliśmy sie do niej w popisowy sposób.
  Dziś o 14 cala nasza czwórka wyruszyła z centrum Tuluzy w stronę zjazdu na autostradę. Kierunek - północ, Paryż. Ja z Japa próbowaliśmy szczęścia na przystanku autobusowym, zaraz przed światłami. Generalnie miejsce byłoby świetne gdyby samochody miały sie gdzie zatrzymać...
Chyba największym problemem w podróżowaniu autostopem zawsze jest wyjazd z dużego miasta.
Godzina czekania, wiele uśmiechów, krótkich pogawędek z kierowcami zatrzymującymi sie na czerwonym świetle i przede wszystkim nieznośny gorąc. Powoli myślimy o tym żeby zmienić miejsce. Jeśli ktoś chciałby nas stad zabrać musiałby złamać kilka przepisów ruchu drogowego a mandaty we Francji są pokaźne (np: najniższy za prędkość to 300 Euro!). Mimo to jakaś iskierka nadziej pozostała i próbowaliśmy dalej
Opłaciło sie!!!   Około 40-letni Francuz zatrzymał sie przy zielonym świetle, na środkowym pasie paraliżując cały ruch na skrzyżowaniu. Bez zastanowienia pobiegliśmy po plecaki (zawsze zostawiamy je trochę dalej od miejsca w którym stoimy) i wpakowaliśmy sie do auta nie pytając nawet Francuza dokąd jedzie.
Porozumiewaliśmy sie oczywiście na migi, nie umiał nawet słowa po angielsku. Wysadził nas kilometr dalej, na środku autostrady, przy rozjeździe. Super!! Wyjechaliśmy z miasta. Teraz będzie już zdecydowanie prościej ale grozi nam srogi mandat...  i...  ooo nie zostawiliśmy 2 butelki wody na przystanku! Jest ponad 30 stopni ciepła a my stoimy na środku autostrady. O cieniu możemy sobie jedynie pomarzyć. Trzeba łapać stopa.. i to szybko!!! Czekaliśmy jedynie 10 minut.
Zatrzymał sie stary (bardzo stary), niebieski samochód campingowy. Otwiera sympatyczna dziewczyna i zaprasza do środka. Siadamy na bagażach i ruszamy w drogę. Rozmowę z nasza nowo poznała koleżanka co chwile przerywa ruda kobieta dopijająca butelkę wina (z pewnością nie jest to pierwsza butelka). Przez cala podróż nachalnie nas częstuje trunkiem, z którego słynie Francja, my staramy sie grzecznie odmawiać ale po dłuższym czasie trochę nas to juz irytuje.  Nasza koleżanka podwiezie nas 20 km i wysadzi na stacji benzynowej, lepiej być nie mogło!
Mercedes osiąga w porywach 70km/h a my dowiadujemy sie za cala ekipa (oprócz wspomnianej koleżanki i rudej baby jest jeszcze śpiący kolega) udaje sie na wakacje nad Atlantyk, na północ od Bordeaux. W końcu zatrzymujemy sie na przeogromnej stacji benzynowej standardem bijącej wszystkie widziane przeze mnie wcześniej stacje. Opuszczamy auto. Nasi nowi znajomi wychodzą nas pożegnać. Ruda pani pyta jeszcze o ogień. Wyjmuję zapalniczkę i z uśmiechem odpalam jej ... skręta :)
Na stacji ciężej niż sie spodziewaliśmy. Wszyscy odbijają do oddalonego o 200 km Bordeaux. My uporczywie próbujemy złapać kogoś jadącego w prostej linii do Paryża. Błąd! Dopiero potem przyszło nam sie dowiedzieć ze jest to gorsza droga, gorsza bo płatna! Ludzie udający sie w stronę stolicy Francji woleli nadłożyć około 150 km i zaoszczędzić kilkadziesiąt Euro. Kolejna nauczka. Zawsze trzeba pytać kompetentne osoby, która droga jest najlepsza, z mapy nie zawsze to wynika.

Widok z łuku tryumfalnego: )

Jest 17 30, do Paryża ponad 600 km. Szczyt naszych mażeń to przejechać 200/300 i znaleźć sie w równie dogodnym miejscu gdzie można spokojnie przekoczować noc.  "Nie, nie jadę do Paryża, jadę do Tour i tam was mogę zabrać" - odpowiada sympatyczny brodaty człowiek na naszą usilną prośbę o podwózkę. Mapa!! Szybko!!! Tour, Tour, Tour..... Jest! Nie wierzymy własnym oczą. Brodacz potwierdza i pokazuje palcem trasę, którą będzie jechał. Przejedziemy JEDNYM stopem blisko 600 km! Ładujemy plecaki na otwarty bagażnik pickupa i wsiadamy do środka. Żeby siąść z przodu przeciskam sie przez stos wędek. Staram sie żadnej nawet nie dotknąć.
Brodacz jest zawodowym wędkarzem. Jak twierdzi, w całej Francji jest około stu takich jak on. Jeździ regularnie po przeróżnych zawodach i zarabia na życie. Zdecydowanie mu sie powodzi. Co ciekawe, nie znosi jeść ryb! Od czasu do czasu zabiera jakiś ładny okaz dla teściowej, sam nie je. Rozmawiamy dużo. Wskazówka prędkościomierza nie rusza sie ani trochę i cały czas wskazuje 160 km/h. Uśmiechy nie schodzą nam z twarzy :)
Mijając Bordeaux widzimy ostrzeżenie o burzy. Radio non stop nadaje niepokojące komunikaty. Cały czas uciekamy jednak czarnym chmura. Jak nas dogonią to przegraliśmy. Nasze bagaże są niczym nie osłonięte! Z niepokojem patrzymy przez okno... Do celu 380 km, 250, 200, przejaśnia sie!! Niestety, tylko na pól godzinki. 120 km od Tour pojawiają sie chmury kompletnie beznadziejne. Idą prosto na nas, z lewej strony. Mamy 70 km do stacji na której chcemy wysiąść. Zdecydowanie unikamy wjazdu do miasta. Błyska się. Chmury coraz bliżej. Wędkarz tez sie niepokoi. Jesteśmy blisko ale wystarczy 5 minut solidnego deszczu żeby nasze rzeczy były kompletnie mokre. Słychać grzmoty. Stacja 10 km. Wzmaga sie wiatr, robi sie ciemno. Na stacje trafiamy w ostatniej chwili! Kiedy biegniemy do środka zaczyna padać. Wchodzimy. Stacja jest całodobowa, jesteśmy uratowani :)
Fogiel

Toulouse - Paryż

15.07.2010 :: 18:14 Komentuj (5)

Kolejnym etapem naszej wycieczki było pokonanie jak dotąd najdłuższego odcinka trasy - w linii prostej około 680 km. Podchodząc optymistycznie do sprawy dawaliśmy sobie na to 3 dni. Po wcześniejszych doświadczeniach uważałem, że było to jak najbardziej do wykonania. Jak zawsze wcześniej zrobiliśmy szybkie zakupy, tym razem padło na Lidla.
W informacji turystycznej miła Francuska pokazała nam gdzie jest najlepsze miejsce do łapania stopa w kierunku Paryża. Dojechaliśmy tam tym razem autobusem. Czasami lepiej jechać nim niż wygodnym klimatyzowanym metrem . . .
Po dojechaniu na miejscówkę naszym oczom ukazał się przystanek autobusowy i ruchliwe skrzyżowanie. Miejsce podobne do tego z Barcelony. Niby można sie zatrzymać, ale robiąc to trzeba złamać kilka przepisów. Nie mamy innej alternatywy wiec postanawiamy tu pozostać. Na naszych "tablicach" powoli i starannie dużymi literami pojawiają się dwa jakże ważne dla nas słowa:

LIMONGES
PARIS

Chcemy sie wydostać z Toulousy a potem jakoś sie dojedzie. Pierwsi na przystanku łapią stopa, próbują złapać stopa, Fogiel i Japa. Obserwujemy to i wiemy już, że po raz kolejny nie będzie łatwo. Nie chcąc tracić czasu zerkamy ponownie na mapę zauważamy kolejny wjazd na autostradę oddalony jakieś 1 może 1,5 km. Idziemy.
Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazuje się dwu pasmowa droga bez chodnika z barierkami oddzielającymi pas zieleni od jezdni. Tak, po raz pierwszy jesteśmy z czarnej dupie. Wyjmujemy tablice i tak jakoś bez przekonania próbujemy złapać stopa. Potrzeba było 20 minut byśmy zgodnie z Tomaszem doszli do wniosku że wracamy na przystanek. Podjęcie tej decyzji było tym łatwiejsze że dostaliśmy wiadomość, że miejscówka jest wolna - chłopaki opuszczają Toulouse.
Na przystanku Tomasz staje z tabliczka i probuje łapać naszego wybawcę, co jakiś czas rzucając odpowiedni komentarz w języku polskim :)
Staliśmy tak może z 20 minut kiedy nagle zatrzymała sie srebrna Alfa GT a w niej miły Francuz około 40. Kolejny raz rozmowa toczy sie przy użyciu mapy w języku francusko-angielskim. Jedziemy z nim około 40 km. Mężczyzna dynamicznie pokonuje ten odcinek trasy. 140-160-140. km/h. Wysadza nas zaraz za bramkami autostrady gdzie trzeba zapłacić za przejechany odcinek. Stanowisk było około 12. Uwierzcie mi, to nie jest dużo mimo, że zajmują trochę miejsca. Pod ¨Paryżem to dopiero można się załamać.
Ponownie stajemy w odpowiednim miejscu tak abyśmy byli dobrze widoczni. Niestety wszystko psują ciężarówki, które przejeżdżają przez ostanie 3 bramki. Po 1,5 h udaje sie zatrzymać białego Citroena. Sympatyczny dziadek podwozi nas 160km dalej. Po 1,5h zadowoleni lądujemy znów w miejscu poboru opłat, tym razem większym od tego poprzedniego. Idziemy szybko się ogarnąć i dalej próbujemy dostać sie do Paryża. Po smsie jaki dostaliśmy od chłopaków nabraliśmy wiatru w skrzydła.
Tomek majstruje coś przy plecaku. Przepakowuje sie, upycha rzeczy a ja idę łapać. Jakie było moje zdziwienie gdy w momencie kiedy zdejmuje plecak podjeżdża do mnie VW na belgijskich numerach. Po angielsku odpowiadam, że chce sie dostać do Paryża, a Belg-jak sie potem okazało podróżnik jedzie prosto do Brukseli. Coś nieprawdopodobnego! Dojedziemy do Paryża! Uświadamia mnie ze wysadzi mnie 50 km przed stolica. Jestem w 7 niebie. Cały czas jedziemy, nie tracąc zbyt dużo czasu na łapanie i szukanie stopa. Jest cudownie!
Niestety mina naszego podróżnika zmienia się kiedy wołam Tomka. Widzę, że chciał wziąć jednego a nie dwóch autostopowiczów. Chwilę myśli, wychodzi, przekłada bagaże! Udało się. Jedziemy pod Paryż. .Z Belgiem pokonaliśmy ponad 400 km. W międzyczasie zaliczyliśmy jeszcze nocleg na parkingu przy autostradzie. My w namiocie, a nasz podróżnik w swoim samochodzie. Umówiliśmy sie, że pobudkę robimy o 5 i jedziemy.
Czuję, niepokój. Przez chwile pomyślałem co by było  jakby nasz podróżnik nas zostawił. W tym miejscu ciężko złapać stopa. . . Same tiry, mały, cichy parking
O 4 zostaliśmy obudzeni i w lekkim deszczu zaczęliśmy się pakować.
Każdy z nas trochę kimał. Tomek co jakiś czas sie odzywał ale to nie było to samo co wczoraj. O 6.30 staliśmy już w miejscu poboru opłat. To była masakra w całym tego słowa znaczeniu. Padało. A my staliśmy z małą tabliczka z napisem PARIS. Bramek było około 30. Ciężko to było ogarnąć. Jak to bywa w takich miejscach ponownie przez bramki które były najbliżej jada same tiry. Ciągle pada. Mimo kurtek nie jest jakoś ekstra przyjemnie. Plusem sytuacji jest fakt, że jest wczesna godzina i ludzie jadą do pracy. 15 minut później, przecinając kilkanaście pasów jezdni podjeżdża Citroen i podwozi nas na stacje.
Tam mamy lekki problem bo kierowcy nie mówią po angielsku. Może nie chcą? W każdym bądź razie za którymś podejściem sie udaje i miły starszy Francuz podwozi nas pod samą stacje metra.

Paryż zdobyty.

Czas - 15 h
Ilość stopów - 5
Dystans - 680 km

Pełne zadowolenie

Kajetan

Takimi widokami Przywitał nas Paryż : )

Andora - Toulouse

13.07.2010 :: 16:41 Komentuj (1)

Po szybkim zwiedzaniu, wysłaniu paru pocztówek postanowiliśmy opuścić La Velle i udać się w stronę Francji, a dokładnie do Toulousy. Optymistyczną wersją było również dostanie się do Bordeux, ale byliśmy do tego sceptycznie nastawieni. Do pokonania mieliśmy niecałe 200 km, niby niedużo, ale  jak się później okazało trochę to nas przerosło.
Jak myślicie, iloma stopami można pokonać 200 km?
Odpowiem: 2 jak Fogiel z Tomkiem lub 7 jak ja z Japą i jeszcze być 40 km przed Tolousa.
Zaczęło się dość normalnie. Rondo, górka, kawałek miejsca z możliwością postoju, jak się później okazało tylko w naszym mniemaniu można się było tam zatrzymać?
Po 25 minutach i 15 machnięciu kierowców doszliśmy do wniosku, że jednak miejsce jest złe. Po szybkiej naradzie poszliśmy prosto przed siebie. Doszliśmy do miejsca gdzie trwały roboty drogowe. Pobocze było, także miejsce do zatrzymania jest. Tabliczka : Toulouse, Foix. Chcemy się wydostać z Andory. Byle do Francji, a później jakoś pójdzie. Mija 10 minut a w tym czasie przejechały same wywrotki, motocykle bądź mieszkańcy Andory. Żadnego obcokrajowca. Machamy i czekamy. Jest! Białe Renault. Pan z Andory. Proponuje podwiezienie do najbliższej miejscowości - El Camp - na stację benzynową. Zgadzamy się. Zawsze to jakaś lepsza perspektywa. Poza tym trzeba jechać do przodu. Wysadza nas na stacji. Miejsce złe. Ponownie rondo i pod górkę. Niby stacja - powinno być miejsce do postoju, ale nie bardzo chce się ktoś zatrzymać. Czuję wibracje. Oho! Sms. Wyjmuję i czytam. Wiadomość od: Fogiel - Złapaliśmy stopa. Bezpośrednio do Toulousy. Odbiór!
No cóż, jak im się udało to przecież i my damy radę. Można? Można!
Po chwili na stację podjechał niebieski Seat. Pytamy kierowcy gdzie jedzie. Okazuje się, że do  Perpignan. Trasa wspaniała, jakbyśmy jechali do Marsylii. My atakujemy Toulouse. Nic, dziękujemy i czekamy dalej. Po chwili kierowca zagaduje nas, że może nas wysadzić na granicy. Super! Opuścimy Andorę. Bez zastanowienia pakujemy się do niebieskiej Ibizy. Kierowca wraz z żoną byli na zakupach w Andorze. Mają pełen bagażnik, ale dla uprzejmego Francuza to nie jest problem. Szybko się przepakowuje i ruszamy w stronę Francji. Opuszczamy piękną i Andorę i Pireneje. Jesteśmy na granicy. Z radości, że juz jesteśmy we Francji, ofiarowujemy kierowcy naklejkę. Tak, żeby o nas pamiętał. Żeby innym było łatwiej. Ustawiamy się tuż przy bramkach. Przejeżdża parę samochodów. Uśmiechy, machanie rękami, pozdrowienia. Nikt niestety nie chce nas wziąć. Po chwili, zgodnie z moimi przypuszczeniami, podchodzi do nas celnik i, ku mojemu zdziwieniu, piękną angielszczyzną "zaprasza" nas dalej. Oczywiście, przenosimy się niżej. Miejsce jest naprawdę dobre. Jesteśmy widoczni, samochody jadą wolno. Idealnie. Trzymam tabliczkę, macham ręką  i zastanawiam się, kiedy oni podejmują decyzje ze mnie wezmą? Na bramce? Przed? Po? Może dopiero po głębokim spojrzeniu sobie w oczy? Kiedy?


Jest. Zatrzymuje się biały Citroen. Kierowca płynną francuszczyzną pokazuje na mapie, że może nas podwieźć do  Tarascan-s-Arige. Myślimy. Nie. Znowu tylko kawałek. Możemy podjechać dalej. Trzeba tylko odrobinę cierpliwości i dużo szczęścia.


10, 15, 30 minut. Ponownie biały samochód, tym razem Van. Kierowca wygląda na marynarza. Pokazujemy mapę. Pokazuje na Ax-les-Thermes, bliżej niż jego poprzednik. Chciał nam pomóc, ale co nam pozostaje? Chcemy się juz stąd wydostać. Pakujemy plecaki i w drogę. Każdy zakręt pokonujemy niczym Kubica. Ścinamy i do przodu. O dziwo, jedzie szybko, ale w miarę bezpiecznie. Wysadza nas na rondzie. Spoglądamy na drogowskaz. Toulouse i Foix. Jest dobrze. Zadowoleni jemy cos i ruszamy na kolejne miejsce, aby coś złapać. Spoglądam na zegarek. Godzina 19.30. Trzeba będzie ogarnąć jakieś miejsce do spania. Na razie próbujemy łapać dalej. Ustawiliśmy się na skrzyżowaniu. Łapiemy z dwóch dróg. Jesteśmy ponad 100 km od naszego celu. Po 20 minutach, ku mojemu zdziwieniu, na środku skrzyżowania zatrzymuje się Van z trzema kobietami w środku. Matka i dwie córki. Dwie młode francuski. Bliźniaczki. Nie pamiętam ich imion, bo wywarły na mnie ogromne wrażenie . . . Już mi się podoba ta Francja! Mówią niewiele po angielsku, ale zupełnie mi to nie przeszkadza :)


Ponownie mój francusko - angielski daje radę, tak jak jedna z bliźniaczek. Podwiozą nas pod Foix. Rewelacja. Trochę dalej, ale ciągle do przodu. Wysadzają nas kolo Lidla.  Pierwsza myśl - zakupy, woda, tak żyjemy. Niestety, o godzinie 20 sklep już był zamknięty. No nic. Musimy sobie dać radę z tym, co mamy. Udajemy się na zjazd. Od niechcenia wystawiam tabliczkę Touluse. 1, 2, 3, 4, 5, 6 i jest. Golf. Podwiezie nas 5 km do następnego zjazdu.


Jesteśmy w czarnej dupie! Dookoła nic nie ma! Tylko wjazd i autostrada. Jak się później okazało, nie po raz pierwszy dzisiaj. Ponownie przejeżdża kilka samochodów i nic. Próbujemy inaczej. Rysujemy na tabliczce dystrybutor, licząc, ze ktoś nas weźmie na stacje. Podjeżdża Peugeot. Zwalnia i przyspiesza. Błagalnym gestem proszę kierowcę, aby się zatrzymał. Jest, otwiera szybę i szybko po angielsku dowiadujemy się, ze do stacji jest 60 km. Prosimy go i udaje nam się go przekonać, aby nas stąd zabrał. Zgadza się. Chwile rozmawiamy o meczach w RPA, naszej podróży. O juz koniec. 5? 10? może 12 km udało nam się pokonać. Teraz to jesteśmy w jeszcze większej czarnej dupie! Tym razem 2 wjazdy łączą się w jeden, co ma nam pomóc. No nic. Godzina juz trochę po 21. Trzeba się rozglądać za miejscem do spania. Próbujemy dalej. Ponownie idziemy na wjazd. Chwila i zatrzymuje się czarny opel astra combi a w nim najgrubszy człowiek, jakiego widziałem. Ponownie rozmawiamy po angielsku-francusku. Zjeżdżamy z drogi szybkiego ruchu na 1- pasmową lokalną trasę. Jedziemy z grubaskiem jakieś 40 km. Wysadza nas kolo parkingu, pokazując, gdzie mamy jutro łapać stopa. Jest 22. Udajemy się na parking w celu rozbicia namiotu. Do celu 40km. Jutro walczymy dalej...


Pobudka około godziny 8 rano. Śniadanie. W kempingowym sklepiku kupujemy wodę i udajemy się na wjazd. Niestety, problemy zaczynają się już na samym początku. Mamy ogromny problem ze znalezieniem odpowiedniego miejsca. Idziemy przed siebie. W pełnym słońcu, z plecakami, które przecież nie należą do lekkich. Maszerujemy tak blisko około godziny czasu, aż dochodzimy do ronda, za którym również nie można się zatrzymać?
Okazuje się, że jeden ze zjazdów jest zamknięty. Japa zostaje przy nim z bagażami, a ja udaję się łapać stopa - tuż przed rondo. Miejsce nie należy do wspaniałych, ale chociaż samochody jadą wolno :)
Po 3 minutach zatrzymuje się stary Peugeot na hiszpańskich numerach, a w środku dwóch Marokańczyków. Po przedstawieniu się zagaduje do nas w naszym ojczystym języku.
Cześć, jak się masz? Dobrze?
Marokańczyk podwozi nas pod samo metro w samym centrum Toulousy.
Jest! Udało się!
Jesteśmy jedną stację metra od chłopaków. Idziemy na spotkanie z Foglem i Tomkiem.



Kajetan

Andora - Toulouse

13.07.2010 :: 14:41 Komentuj (0)

Może trudno w to uwierzyć, albo pomyśleć, że do tej pory miałem nudne życie, ale tyle zwariowanych przygód, które przyniósł ostatni tydzień nie doświadczyłem bodaj w całym swoim dotychczasowym życiu. Dwa dni temu wyruszyliśmy w dalszą drogę do Andory, Po nocy spędzonej 100 km od Barcelony pod zamkiem na górze, strzegącym niegdyś wrót Europy przed napływem islamu. Na "stopa" nie musieliśmy czekać długo, a co ważniejsze był on do samej granicy Hiszpanii z Andorą. Państwo, którzy nas podwieźli okazali się być wyjątkowo mili. W jednym z przydrożnych barów zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko - nawet nie chcieli słyszeć o tym, że to my mamy za siebie płacić. Starszy pan wyjął portfel rzucił pieniądze na blat i odjechaliśmy w dalszą drogę. W swojej uprzejmości zostawili nas pod biurem turystycznym co było dla nas bardzo pomocne. Grzechem było by nie wspomnieć o wspaniałym krajobrazie hiszpańskich Pirenejów, które zaskakiwały pięknem i swoim majestatem niejednokrotnie bardziej niż zabytki Barcelony.

 Do stolicy Andory - La'Velli - tego małego państwa położonego całkowicie wysoko w górach dojechaliśmy busem.   Ogólnie gdyby nie to, że słanialiśmy się na nogach, a nasze bagaże warzyły około 20 kg. bez problemu moglibyśmy dotrzeć tam na piechotę. Jeżeli mam być szczery to jeszcze nigdy nie widziałem miasta, a  co dopiero całego państwa położonego na tak stromym i skalistym terenie. Z bólem muszę przyznać, że nasze Zakopane, którym tak się szczycimy nie dorasta do pięt La'Velli pod względem ilości jak i jakości szlaków turystycznych i narciarskich. Na noc postanowiliśmy jednak nie zatrzymywać się w Andorze ponieważ każde w miarę płaskie miejsce wykorzystane jest tam pod zabudowę, hotele do tanich nie należały, poza tym spanie w miejscu gdzie niedźwiedzie występują tak często nie jest zbyt udanym pomysłem. Po kilku ładnych minutach z Michałem udaje nam się znaleźć odpowiednie miejsce na złapanie stopa. Ogólnie trzeba pamiętać o jednym, niezależnie jak ładnie byś się nie uśmiechał i  gestykulował i niezależnie jak bardzo ktoś by chciał cię podwieźć to kiedy kierowca widzi, że nie ma gdzie się zatrzymać nie będziesz miał szans na podwózke. Nam w tym miejscu udało się to momentalnie. Weszliśmy do czystego, przyjemnie chłodnego auta. Pani około lat 30, która wprawdzie mogła podwieźć nas zaledwie 6 km ale była niesamowicie miła i rozmowna. Całe szczęście wysadziła nas na stacji benzynowej przy drodze do granicy. Nie przyszło nam długo czekać,  na stacje dużym rodzinnym samochodem zajechało małżeństwo azjatyckiego pochodzenia. Ku mojemu zaskoczeniu facet płynnie posługiwał się nie tylko francuskim, ale i angielskim. Jak się zaraz okazało ze stopem trafiliśmy w dziesiątkę - po chwili jechaliśmy do samej Toulousy. Pan co prawda nie bez grymasu na twarzy ale zgodził się nas zabrać .Podróż okazała się być komfortowa i wyjątkowo miła . Długie konwersacje z kierowcą przerywały jedynie chwile zachwytu pięknych widoków ośnieżonych szczytów gór. Do Toulousy dojechaliśmy bez większych problemów. Pan wysadził nas pod samym metrem, swoją drogą to dziwne, że miasto nie wiele większe jeżeli chodzi o liczbę mieszkańców od Radomia ma aż 3 linie metra!!! No dobra dojechaliśmy gdzie chcieliśmy, ale następnego stopa do kolejnej miejscowości już nie złapiemy bo pora już dosyć późna - trzeba pomyśleć o noclegu. Niestety duże miasta mają tą wadę dla nas, że no namiotu to tam się nie rozbije raczej... O nocleg pytamy się przechodzącego obok młodego chłopaka. Jednak jego angielski przypominał mój francuski wiec raczej nie byliśmy w stanie sobie porozmawiać. Zanim jednak odwróciliśmy głowy pojawił się jego znajomy który władał angielskim wręcz imponująco dobrze. Powiedział nam, że hotel owszem jak najbardziej ale w centrum i to za jakieś 30 euro minimalnie. Ta wiadomość nas niespecjalnie ucieszyła, ale bez innych perspektyw na wieczór udaliśmy się do centrum. Napijemy się piwa przy meczu i prześpimy się na jakiejś ławce. Podróż metrem może i szybka ale oprócz nas i jednej pięknej francuski wagon wypełniony był jedynie przez imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Muszę przyznać, że przez chwile poczułem się jakbym jeździł stopem po trochę bardziej na południe położonym kontynencie. Kiedy juz w centrum wyszliśmy na powierzchnie wcale nie napełnił nas zachwyt. Oczom naszym ukazało się może i piękne, ale dosyć niebezpieczne jak na pierwszy rzut oka miasto. No i znowu jesteśmy w czarnej dupie... Nagle jednak usłyszeliśmy wypowiedziane kobiecym głosem "dzień dobry", Spojrzeliśmy po sobie ze zdziwieniem, a naszym oczom ukazała się młoda uśmiechnięta twarz dziewczyny. Ze zdziwienia i zaskoczenia odpowiedziałem "Ty do nas powiedziałaś dzień dobry? Jesteś Polką?" - w odpowiedzi usłyszałem "no jak powiedziałam dzień dobry to raczej tak". Jak się już niedługo okazało to było nasze zbawienie! Dowiedzieliśmy się, że Toulouse jest ciekawym ale w nocy bardzo niebezpiecznym miastem, a nocowanie w parku niemal napewno skończyło by się bardzo źle, nie tylko dla naszych bagaży, ale i dla nas. Koleżanka Daria, bo tak miała na imię dosłownie się nami zaopiekowała. W mieście gdzie mało kto mówi po angielsku najpierw zaprowadziła nas do kafejki gdzie mogliśmy mniej więcej zapoznać się w sytuacji (Biuro informacji turystycznej było już dawno zamknięte, a my nie mieliśmy nawet mapy miasta co jest dosłownie niezbędne). Po kilku chwilach wiedzieliśmy już, że wyjście jest tylko jedno - hotel. Nie było to specjalnie wesołe dla nas rozwiązanie bo hotel sporo kosztuje ale uświadomiłem sobie, że jeszcze dziś rano spałem gdzieś w górach Hiszpanii, chwile potem schodziłem po stromych uliczkach Andory, a teraz jestem w południowej Francji! Co więcej ledwo trzymaliśmy się na nogach, a kąpieli pragnąłem niemal tak samo bardzo jak snu na czymś w rodzaju łóżka. Daria szybko przejrzała kilka francuskojęzycznych stron - wiemy gdzie iść. Hotel okazuje się być w samym centrum wiec szybko dotarliśmy na miejsce. Po drodze mijamy kilka grupek rozmaitego pochodzenia, ale odznaczających się jedną cechą -bezdomnością. Nasza koleżanka uświadomiła nas, że tutaj tak zwanych kloszardów jest bardzo dużo, a ludzi którzy chcą sprzedać ci narkotyki na kazdej niemal ulicy można znaleść bez problemu. Coraz bardziej cieszyłem się z nadchodzącego noclegu. Wreszcie dotarliśmy na miejsce, jeszcze tylko kilka zdań zamienionych z panem w recepcji i juz wchodziliśmy na górę po schodach z kluczykiem od naszego "apartamentu". TAK, TAK, TAK nareszcie sen, nareszcie prysznic i jedzenie, tak upragnione i długo wyczekiwane, co z tego że na ulicy gdzie czesciej niż sklep znaleźć można burdel, co z tego ze wchodząc na góre spotykamy czarnoskórą pare kłócącą  się zacięcie, kiedy wreszcie mieliśmy dach nad głową. Daria grzecznie chciała się z nami pożegnać, ale jakże moglibyśmy jej na to pozwolić. Zaprosiliśmy ją na drinka "do siebie". Gdy otworzyliśmy drzwi do pokoju od razu zobaczyliśmy wielkie łóżko , ale uwierzcie dla nas wtedy wyglądało jak najwspanialszy prezent pod choinkę, na który od dawna się czeka. Po upragnionym prysznicu i zjedzeniu czegoś prowadzimy z Darią długie rozmowy, z tyłu leci mecz Hiszpania Niemcy jednak przy tej dziewczynie, która dosłownie ocaliła nam skórę schodzi on na dalszy plan. Czas mija nieubłaganie szybko, a tematów do rozmowy z każdą chwilą przybywało. Pożegnanie przyszło nam z trudem ale juz o 12 musieliśmy odprowadzić naszą nową znajoma na ostatnie kursujące tego dnia metro.

I pomyśleć, że gdybym zawiązywał buta odrobinę dłużej, że gdyby pan w rodzinnym aucie którym jechaliśmy do Toulousy jechał odrobine szybciej lub wolniej, ze gdyby jadący przed nami po gorskich kretych i wąskich drogach nie wlókł sie tak, ze gdyby nie to, że ze zmęczenia nie mieliśmy siły biec na metro które zwiało nam z przed nosa i gdyby nie wiele innych z pozoru błahych spraw, które mialy miejsce dokładnie w tej a nie innej chwili to nie spotkalibyśmy jej, naszej deski ratunku w tym obcym i niebezpiecznym mieście -Darii. Dziewczyny, która z pozory nie wyróżnia sie bardzo z pośród tłumu ludzi jaki spotkaliśmy podczas naszej podróży a która dla nas okazała sie być tak znaczącą osobą.
Po błogiej nocy spędzonej w wygodnym łóżku i porannym prysznicu byliśmy gotowi do dalszej trasy. Kajetan i Yapa przyjechali zaraz po południu i znów szykowaliśmy się do kolejnej podróży. Tym razem wyjątkowo długiej jak na kolejny "skok" - Paryż - 700km nowych przygód, nowych problemów nowych doświadczeń.

Pozdrawiam Tomek.

archiwum

2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec

kategorie

linki

© 2003-2007 copyright ownlog.com